Matematyka czy talk-show?

Pierre Bourdieu, francuski socjolog, pragnąc przywrócić dobre standardy i praktyki przekazu telewizyjnego, wygłasza (w telewizji!) wykład pt. „O telewizji. Panowanie dziennikarstwa” który, pod względem czasu trwania i potencjalnie zbyt skomplikowanej dla „zwykłego odbiorcy” formy, jest sposobem narracji na antenie zupełnie nieobecnym. Jego główną tezą jest stwierdzenie, iż telewizja zagraża różnym sferom produkcji kulturowej (podaje przykład sztuki, literatury, nauki, filozofii, prawa) oraz wywiera negatywny wpływ na życie polityczne i demokrację.

Czytaj dalej »

Gratis

 Abstrakt. 

W niniejszym szkicu spróbuję wykazać, iż projekt „Muzeum” w cudzysłowie[1]  autorstwa Marka Sobczyka został oparty na błędnym paradygmacie. Argumentów popierających moją tezę dostarczy analiza jego prac, a szczególnie jednej, wyłamującej się z przyjętej przez Sobczyka w większości dzieł konwencji, to jest „Gerhard Richter Sigmar Polke” w jednym cudzysłowie [Dwaj malarze: dr Gerhard Richter i dr Sigmar Polke na jednym płótnie; Kapitalizm Naturalizm].

Badanie astygmatyzmu. 

Uważam, że powinnam na wstępie poddać autoanalizie swoją percepcję, osadzając ją w kontekście mojego pokolenia (rocznik 1996), ponieważ to właśnie sposób percepcji będzie implikował główne zarzuty dotyczące ogólnego wyglądu przestrzeni wystawienniczej, za którą odpowiada Marek Sobczyk[2]. Choć postmodernizm skończył się przed moimi urodzinami, wciąż był bardzo głęboko zakorzeniony w świadomości i estetyce otaczającego mnie świata (patrz architektura!). Jednakże moje pokolenie, nie poznawszy czarno-białego świata, nie odebrało ekspansji koloru jako wyzwolenia, nie wartościowało go pozytywnie, bo nie łączyło go z pozytywnymi emocjami związanymi z przemianą ustrojową. Odrzuciliśmy zastany konsumpcyjny kicz, tandetę, krzykliwe reklamy, nieuzasadniony eklektyzm, w momencie podejmowania pierwszych suwerennych decyzji o kształtowaniu swojego otoczenia, stawiając na minimalizm, czy wręcz puryzm (patrz moda i nasze pokoje!).

Repetitio est mater studiorum.

Implikuje to z kolei wymagania, które ośmielam się stawiać galeriom. Skoro raz widziałam Koło rowerowe Marcela Duchampa, to widząc je jeszcze raz w maju w Zachęcie, raz z czerwonym taboretem, przypięte jak rower do balustrady schodów, oraz w sali obok, w „standardowej” wersji, to mogę z całą stanowczością oświadczyć iż, tak zrozumiałam, że Koło rowerowe jest tak często cytowane w sztuce, że stało się zhomogenizowanym[3] symbolem. A jednak Marek Sobczyk nie wytrzymał i również postanowił powrócić do tego motywu (choć oczywiście dokonał bardzo znaczącej przeróbki, tj. zaprezentował wyłącznie obręcz, a całość pomalował na matowo-srebrny kolor, twierdząc przy tym, że odnalazł to koło po 100 latach już jako dzieło sztuki jedynie (nie ready made)). Mam przez to wrażenie, że nie znajduję się w galerii – miejscu w którym mój wzrok  i atrybucja powinny być specjalnie traktowane, tylko tak jakbym znajdywała się w przestrzeni miejskiej lub w internecie, gdzie ciągle widzę te same reklamy, te same komunikaty, te same wzorce osobowościowe, produkty.

Walczący z wiatrakami.

Pora na wyjaśnienie tytułu Gratis, bowiem oprócz powielonej n-ty raz pracy Duchampa, tak jakby mimochodem, w gratisie, dostajemy obraz Duchamp w muzeum[4]. Tylko, czy taka powinna być hierarchia? Sobczyk wielką uwagę poświęcił przestrzennym obiektom, chcąc „podrobić” technikę innego twórcy. Na moją sugestię, że jego wystawa przypomina Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce, zareagował twierdzeniem, że to zupełnie dwa inne projekty. Mam czelność twierdzić, ze wiem, dlaczego myśli, że robi coś oryginalnego, kiedy moim zdaniem po prostu zawłaszcza czyjś styl. Otóż dlatego, że przy tej zupełnie nieudanej technicznie próbie zacytowania  innych artystów, tworzy też to, w czym jest dobry, coś co przechodzi przez sito jego wrażliwości, mentalności, bagażu doświadczeń.

Własność społeczna.  

Sobczyk twierdzi, że używając cudzej techniki przywraca ją społeczeństwu, że uwalnia ją z „copywrightingu”, twierdzi również, że poddaje ją badaniu i analizie.  To bardzo utylitarna  i pozytywistyczna wizja, ale oparta na błędnych założeniach.  Mnie jako jednej z wielu jednostek społecznych nikt nigdy nie zabronił w mojej prywatnej piwnicy rozmontować rower i przymocować  jego część do starego taboretu. Jeśli wstawię swoje dzieło w przestrzeń publiczną, wtedy dokonam zawłaszczenia. Marek Sobczyk nie musi więc niczego uwalniać.  Wystawa Kanibalizm?  O zawłaszczeniach w sztuce wykazała, że wszystko zostało już uwolnione, poprzez zawłaszczenie, a Sobczyk nie dostrzegając tego staje się po prostu kolejnym Don Kichotem.

Instytucjonalizacja. 

Jednak jego walka na kolejnym poziomie, tj. nie dzieła, a systemu, jest jeszcze bardziej groteskowa. Pierwsze pytanie, które nasuwa się, kiedy Sobczyk mówi o próbie skomentowania praktyk tworzenia kolekcji, kuratorstwa, zarządzaniu instytucją, jest następujące; czy można faktycznie dokonać rzetelnej oceny zjawiska, skoro znajdujemy się w jego epicentrum? Choć na wernisażu Hanna Wróblewska wymownie ograniczyła swoją wypowiedz wyłącznie do prezentacji Sobczyka i przedstawienia palety jego funkcji, to jednak na niej spoczywa cała prawna odpowiedzialność. Sobczyk z kolei, być może nie korzysta z kuratorów, który to są zazwyczaj zapleczem merytorycznym wystawy, ale z całej infrastruktury, począwszy od oświetlenia, poprzez strażników, a na stronie internetowej Zachęty skończywszy. Uważam, że jeśli chciałby zrobić to rzetelnie, to powinien realizować swój pomysł konsekwentnie, tj. całkowicie odciąć się od ram gotowej instytucji. Dopiero na tak oczyszczonym polu, w wykreowanej przez siebie, autonomicznej przestrzeni, mógłby rozpocząć swoje badania. Warto tu dodać, że z punktu widzenia polityki galerii o monopolistycznych ciągotach, wystawy będące niejako „meta-tekstami” są bardzo korzystne. Wywołują w widzu poczucie, że są ośrodkami krytycznymi, dokonującymi stale retrospekcji, autoanaliz, np. Co jest społeczne? Aktywność Zamku Ujazdowskiego w przestrzeni publicznej (1988–2014), czy planowana wystawa w MSN-ie wystawa Robiąc użytek. Życie w epoce postartystycznej. 

Jedność czy wielość? 

Tak więc będąc Markiem Sobczykiem usunęłabym z przestrzeni ekspozycyjnej wszystkie niepotrzebne gratisy, a zostawiłabym sedno, czyli obrazy. Warto tu zwrócić uwagę, że jeśli wyobrazimy sobie potencjalną kolekcję stałą muzeum sztuki współczesnej, to wygląda ona dokładnie tak jak ekspozycja tejże wystawy, tu jakiś film z rzutnika, tu jakiś monumentalny obiekt, tu jakieś lusterko, telewizorek ze słuchawkami, obowiązkowo nieśmiertelne rusztowanie, co świadczy o tym jak typową, a przez to nie pozostającą w pamięci, przestrzeń tworzy Sobczyk. Twierdzi on, jak już wspomniałam, że bada On i analizuje styl artysty. Ale czy historyk sztuki upublicznia swoje szkice fasady w momencie publikacji jej opisu? Czy mikrobiolog dodaje w gratisie do swojej książki płytki z koloniami bakterii, które badał? Nie spotkałam się jeszcze z takimi praktykami. Tak więc nie rozumiem, dlaczego Sobczyk każe mi patrzeć na swoje „szkice”. Powracając do problemu percepcji – urodziłam się w kręgu kulturowym, w którym wszystkiego jest za dużo, a szczególnie bubli ze słabej jakości materiałów, dlatego nie mam ochoty oglądać kolejnych w muzeum. Rozumiem, że spiż jest już passe, ale kiedy Sobczyk próbuje mi wmówić,  że lustro, które jest krzywe, jest proste, podchodzi do niego i demonstruje, a kiedy odkrywa, iż ono faktycznie zniekształca, zaczyna się tłumaczyć, mówiąc, że wykorzystywał je w innej pracy,  i ono mu spadło, a że było drogie, to później użył zapewne większej ilości kleju… Mam wrażenie, że Sobczyk bardzo pryncypialnie podszedł do głoszonej przez Witkacego wizji:

Dziś, kiedy uczucia podstawowe dla sztuki, związane z poczuciem jedności i jedyności „ja”, zanikają, artysta, aby wydrzeć z siebie moment metafizycznego zachwytu, musi spiętrzyć daleko potężniejsze środki wyrazu. Widz, czy słuchacz, mając mały zapas tych uczuć do przeżycia, może doznać wyładowania jedynie pod wpływem dzieł, szarpiących mu z dostateczną siłą nerwy. Do tego dołącza się kwestia zblazowania i wyczerpania środków artystycznych w miarę rozwoju sztuki, które już teraz dokładnie się przed nami zarysowuje. Dawniej artysta wyprzedzał mało swoją epokę, różnił się od poprzedników swych minimalnymi, w porównaniu do dzisiejszych czasów, zmianami koncepcji ogólnej i związanymi z nią deformacjami rzeczywistości i uczuć. [5]

Potencjał obrazów. 

Zrzut ekranu 2015-12-19 o 22.35.45

Opis kryzysu tożsamości artystycznej idealnie pasuje do Sobczyka, myślę, że szukał środków ekspresji nie tam, gdzie powinien, multiplikując kolejne techniki i tworząc kolejne gratisy, zamiast skupić się na malarstwie. Szczególnie widoczne jest to na przykładzie obrazu Duch Duchamp [niepełnosprawny na wózku], do którego Sobczyk nie umieścił komentarza[6].

Kiedy go zobaczyłam, przypominałam sobie oglądaną debatę Kultura i rozwój. Dylematy samorządów[7]. Sądzę, że ten obraz mógłby być jednym z argumentów prof. Małgorzaty Omilanowskiej walczącej z zupełną ignorancją redaktora Jerzego Baczyńskiego, twierdzącego, że kultura jest elitarną rozrywką. Załóżmy więc, że przejęłam choć jedną dziesiątą jej tupetu  i zdolności oratorskich, mówię więc tak: „Szanowny Panie, kultura to ani rozrywka, ani elitarna. (…) Widział Pan obraz Marka Sobczyka Duchamp w muzeum? On najlepiej pokazuje, że wszyscy jedziemy na tym samym wózku, a  kultura, na obrazie utożsamiona akurat z dziedzictwem muzealnym, stanowi koło, niezbędne do zachowania równowagi, balansu, płynnego rozwoju.

Innym przykładem jest obraz Najlepsza pasmanteria w regionie [Tasiemka taftowa z tafty], obraz ten jest moim zdaniem świetnym komentarzem odnośnie małych sklepów internetowych, które nie korzystają z kolektywistycznych platform, tylko tworzą własne witryny internetowe o charakterystycznej stylistyce.

Zrzut ekranu 2015-12-19 o 22.36.26

Kolejny obraz, który mnie zaintrygował, to: „Gerhard Richter Sigmar Polke” w jednym cudzysłowie [Dwaj malarze: dr Gerhard Richter i dr Sigmar Polke na jednym płótnie; Kapitalizm Naturalizm].  (Nie jest on już z niczym konfrontowany i niczego nie konfrontuje, to jest chyba jego największym atutem.) Sobczyk ze stylu Richtera przedkłada na pierwszy plan gest. Gest rozmazywania obrazów prostokątną szpachlą, tak aby nawiązywały swoją stylistyką do niewyostrzonych analogowych fotografii. W tekście kuratorskim pisze, że

w ramach naszego projektu „muzeum” w cudzysłowie ma miejsce kapitalizowanie obrazów i malarzy na jednym płótnie. […] W tym projekcie może chodzić o kapitalizowanie wartościowego malarstwa, dodatkowo bardzo dużo wartego rynkowo,    w celu podniesienia wartości malarstwa jako zajęcia w ogóle i podniesienia wartości obrazu jako obrazu w ogóle.

Niestety nie rozumiem założenia tego projektu, co do którego nawet sam autor ma wątpliwości –może chodzić. Wydaje mi się, że myli mnie słowo kapitalizować, nie wiem, co Sobczyk przez nie rozumie. Słowo kapitalizować oznacza ulegać kapitalizacji. Kapitalizacja to[8]

1. wprowadzanie systemu kapitalistycznego

2. obliczenie wartości majątku na podstawie osiąganego dochodu i aktualnej wysokości stopy procentowej

3. przekształcenie majątku w kapitał pieniężny

4. ekon. zsumowanie kwot opłat periodycznych w kwotę płatną jednorazowo

5. wartość wszystkich akcji wybranej spółki lub wszystkich spółek notowanych na danej giełdzie obliczona według ostatniego kursu

Wydaje mi się, że najlepiej pasuje jednak trzecia definicja, ponieważ Sobczyk kontrastuje swoje działanie z aktywistami Berlińskiego Biennale, którzy są aktywni i anonimowo propagują sztukę bez pieniędzy. Czy chodzi więc o to, że Sobczyk interesownie wykorzystuje styl Richtera, ponieważ innym artystom pójście w jego ślady zwiększyło zawartość portfela?

Spektakularny sukces Richtera miał także ogromny wpływ na przychody innych niemieckich artystów – Albert Oehlen osiągnął w tym roku swoje dwa finansowe rekordy,  w tym sprzedanie obrazu Untitled za 600 tysięcy dolarów na aukcji w Nowym Jorku. Kolejny Niemiec Thomas Schutte, który był uczniem Richtera w 1970 roku, także uzyskał fantastyczny rezultat w sprzedaży – 10 maja za jego rzeźbę Untitled Enemies zapłacono 800 tysięcy dolarów. Prezentowany przez Richtera styl jest zdecydowanie w modzie, a wszyscy artyści związani z tym nurtem sztuki zdają się korzystać  na jego popularności, nie tylko na płaszczyźnie artystycznej, ale i finansowej[9].

A może chce skrytykować tę praktykę uprawiania jednego stylu, tak jak zrobił to w pracy „Jadwiga Sawicka” w cudzysłowie [Najlepsza pasmanteria w regionie*: artyści na metry] (Produkcja obiektu galeryjnego; jak bardzo lubimy sobowtórność artystów; metr artysty jest gadżetem krytycznym do kupienia w „muzeum” w cudzysłowie).[10] w której opisie definiuje krytykowane przez siebie prace jako

dzieła dla pomnażania dochodu i tworzenia zarazem efektu wyjątkowej tego dzieła przenikliwości (skoro rozmnożone), zarazem efektu zasłużonego dochodu z rozmnożenia, bo przenikliwego, i przenikliwego, bo rozmnożonego dzieła.

Trudno o większe zapętlenie się,  ale rozumiem, że Sobczyk zazdrości po prostu artystom, którzy już za życia osiągnęli optimum, często w wyniku wielu początkowych porażek i wyrzeczeń. Szczególnie zabolał mnie widok nazwiska Romana Opałki, który w swojej artystycznej karierze potrafił być na tyle pokorny, aby zamilknąć na wiele lat i powrócić triumfalnie z konceptem, a następnie konsekwentnie go realizować[11].

Podobnie jest z Richterem, który wykonał płynne przejście od realizmu do abstrakcji. W filmie  reżyserka Corinny Belz pokazuje, jaki jest jego stosunek do sztuki – pokorny, metafizyczny, wręcz eteryczny. Z tego wszystkiego Sobczyk wyciągnął tylko gest, technikę.

Nie wiem po co umieszczał liniaturę notatnika i jego logo – i tak widać, że wszystko jest tylko szkicem. Napisanie tekstu o istocie wyższej (nawet po niemiecku) nie spowoduje, że złapie się ją za nogi.

[1] Aby zachować poprawność interpunkcji podczas cytowania, lub przytaczania nazwy, a nie wprowadzić zbędnego zamieszania, znak „” został zastąpiony kursywą. Wszystkie „”  w tekście zostały użyte przez Marka Sobczyka w tytułach, lub opisach dzieł.

[2] Jeden kurator, jeden dyrektor i wicedyrektor, jeden pracownik techniczny – to ta sama osoba. –fragment tekstu kuratorskiego Sobczyka

[3] Rozumiem to słowo w ujęci stosowanym przez Antoninę Kłoskowską.

[4] Duchamp w muzeum; 2015, 230x180cm, tempera jajkowa/płótno obraz skonfrontowany z pracą „Marcel Duchamp” w cudzysłowie [Odnalezienie zaginionego dzieła sztuki. Koło rowerowe 1913 – koło rowerowe 2013]

[5] Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nikotyna Alkohol Kokaina Peyotl Morfina Eter

[6] W opisach poświęca niesłychanie dużo miejsca na opisy gratisów, a nie opisuje wielu obrazów, lub opisuje je jednym zdaniem.

[7] Kultura i rozwój. Dylematy samorządów | Elbląg | 12 Letnie Ogrody Polityki | Kultura Samorządowa 25+ https://www.youtube.com/watch?v=0iNOmt0eFqU 55:40

[8] Słownik języka polskiego, PWN

[9] Dawid Reps, Rynek i sztuka, Gerhard Richter, czyli fenomen ostatnich lat, sierpień 2012

[10] Swoją drogą, nawet na przykładzie tytułów widać, że Sobczyk ma problem z uchwyceniem głównej idei swojej pracy, tytuły nie są więc zgrabnymi metaforami, tylko przeintelektualizowanymi równoważnikami zdań.

[11] Roman Opałka Oktogon/ 1-nieskończoności Art Stations Foundation

Idiolekt 

Zrzut ekranu 2015-10-09 o 23.28.58

Z rozpoczynaniem nowego rozdziału w życiu łączy się wiele niespodzianek, tajemnic, inicjacji. Bardzo lubię ten około miesięczny okres bycia „kotem”, występujący cyklicznie, co trzy lata podczas zmiany jednostki edukacyjnej. Pierwsze doświadczenia, spotkania są zazwyczaj najbardziej emocjonalne, dlatego najmocniej zapadają w pamięć. Kto z nas nie pamięta pierwszego dnia w szkole, pierwszej zielonej nocy, czy pierwszych zaręczyn plastikowym pierścionkiem z misiem?

Dziś właśnie miała miejsce taka pierwsza mała nowość – zakup akademickiej książki. Wyobrażałam sobie, że będzie to kompendium wiedzy o sztuce wczesnochrześcijańskiej. A jednak na spotkaniu organizacyjnym wydziału od razu zostaliśmy zachęceni do serdecznego zżycia się ze „Słownikiem terminologicznym sztuk pięknych”.

Wydaje mi się, że jego przeglądanie ma nie tylko czysto praktyczny sens, ale również metaforyczny.
Zagłębiając się w konkretną dziedzinę – w tym wypadku historię sztuki, musimy być świadomi zmian jakie zajdą w naszym idiolekcie.

Część naszego prywatnego słownika zacznie pokrywać się kurzem, część zjedzą mole. (Żegnaj całko, liczbo urojona, żegnajcie prądy konwekcyjne.) Ale co przezorniejsi już powinni szukać promocji na regały, bo gdzieś te tony, znaczy się tomy nowych słów trzeba będzie ustawić.

Feeria nowych słów… Niektóre poznamy przelotem, osłuchamy się z nimi, inne kilka razy będziemy musieli powtórzyć, może zapisać, aby je sobie utrwalić. Te nowe słowa są dla mnie czymś niezwykłym, ponieważ stanową nasz budulec. Za jakiś czas zaczniemy tych słów używać płynnie, zaczniemy nimi myśleć. I nie chodzi tylko o to, że będziemy brzmieć bardziej profesjonalnie, jak zawodowi historycy sztuki, tylko o to, że staną się ważną częścią składową naszej osobowości.

Opanowanie grubego słownika można nazwać syzyfową pracą, naciągając nieco ten frazeologizm. Jesteśmy Syzyfami, ale mam nadzieję, że tymi z Mitu Camusa, a nie z „Mitologii” Parandowskiego. Świadomie wybraliśmy sobie kierunek naszej egzystencji, wybraliśmy ważną część życiowego projektu – karierę zawodową. Jak pisał Sartre w dziele „Egzystencjalizm jest humanizmem”, odbierając zarzuty o wszechobecnym pesymizmie w swojej filozofii,  – człowiek jest nicością, gdyż jest ciągłym projektem siebie, jest ciągłym stawaniem się, a to nie jest czymś pesymistycznym.

Uważam, że najlepsze co mamy w życiu, to właśnie możliwość „stwarzania się”, nawet jeśli jest to czasem niezwykle mozolny proces. My – to nasza dusza i myśli, które formujemy przy pomocy słów. Cieszę się, że moja przygoda z książkami na Akademię rozpoczęła się właśnie od „Słownika…”. Ciekawe  kogo „ulepię” z siebie podczas tych trzech lat…

Immatrykulacja

L10908611

Dawno nie pisałam na blogu. Pora więc na telegraficzny up-date dedykowany moim subskrybentom. A więc maturę zdałam, a ponieważ to blog humanistyczny, to mogę zdradzić swoje wyniki z języka polskiego (PP-96%, PR-100%, ustna-100%). Wyniki te nie przydały mi się jednak do niczego, ponieważ zdecydowałam się wybrać studia na uczelni, która podczas rekrutacji nie patrzy na wiedzę sprawdzaną przez Centralną Komisję Egzaminacyjną, tylko sama sprawdza, czy kandydat się nadaje, czy nie. Mam na myśli Akademię Sztuki Pięknych. Dziś oficjalnie zostałam włączona w poczet studentów Akademii, unikając kolejki po indeks z dziekanatu dzięki zajęciu pierwszej lokaty podczas rekrutacji na kierunek historia sztuki na Wydziale Zarządzania Kulturą Wizualną.

A więc: Vivat academia, vivant professores!

Tytuł wykładu inauguracyjnego prof. Iwona Szmalter pt. „Czy sztuka trwa?” nieco mnie zmylił. Spodziewałam się refleksji której punktem wyjścia byłaby próba ocenienia teraźniejszej kondycji sztuki. Myślałam, że na jej podstanie prelegentka spróbuje antycypować jej dalszy status i rozwój. Okazało się jednak, że prof. Szmalter zamiast postawić spodziewany przeze mnie krok do przodu, cofnęła się o 40 tysięcy lat do pierwszych znanych nam obecnie przejawów artyzmu. Jej wykład miał bowiem na celu wykazanie znamiennej roli konserwacji w odbiorze dzieła sztuki. Stwierdziła, że historycy sztuki są często zbyt mocno przywiązani do wizualnej formy dzieła. Często okazuje się bowiem, że przez upływ czasu artefakt nie wygląda już tak, jak wyjęty spod ręki mistrza, czasami jego badanie i konserwacja zupełnie zmieniają sens głoszonych wcześniej teorii, tak, że trzeba pisać historię sztuki na nowo. Mam nadzieję jednak, że kopernikowski przewrót nie będzie miał miejsca, a konserwatorzy przyczynią się do tego, że my historycy sztuki i całe nasze następne pokolenia będą miały szansę na własne oczy zmierzyć się z  grotami rytualnymi naszych przodków, które Picasso podsumował w następujący sposób: ”Od epoki kamienia łupanego nie wymyśliliśmy niczego nowego.”

Bardziej metafizyczny wniosek wykładu, oczyszczony z danych technicznych odnośnie konserwacji pozwoliłabym sobie streścić w następujących słowach: Sztuka trwa, ponieważ jest w nas, jest naszą pierwotną potrzebą, która z biegiem czasu przybiera różne formy, lecz cały czas próbuje przekazać niedające się zwerbalizować emocje i wzorce.

„Sześć odcieni bieli i inne historie”, Hanna Krall

Zrzut ekranu 2015-06-01 o 15.53.26

Odkryłam ostatnio niezwykłe miejsce na mapie kulturalnej Warszawy – Faktyczny Dom Kultury, założony przy Instytucie Reportażu. Właściwie ich profil na Facebooku śledziłam już od dłuższego czasu, ale byłam zbyt pochłonięta nauką do matury, żeby wybrać się tam osobiście. Dlatego kiedy zobaczyłam, że organizują spotkanie z Hanną Krall i to teraz, w trakcie moich wakacji, nie miałam żadnych przeszkód, aby zagłębić się w świt non-fiction.

Myślę, że powinnam przyznać się od razu, że w szkole przeczytałam tylko trzy reportaże, jeden na lekcji języka polskiego „Zdążyć przed Panem Bogiem” Krall, dwa na lekcji geografii „Imperium” oraz „Szachinszach” Kapuścińskiego. To co powoduje we mnie jeszcze większy wstyd to to, że reportaż jest formą, w której powinnam najlepiej się odnajdować, a dopiero teraz to sobie uświadomiłam. Dlaczego? Na sprawdzianie z polskiego postawiłam tezę, że proza jest ponad poezją ze względu na funkcję poznawczą w sobie zawiera. Pani oddając mi dość nisko ocenione wypracowanie zaproponowała ironicznie, że może w takim razie powinniśmy czytać tylko przewodniki. Jakbym była mądrzejsza o dwie wizyty w Faktycznym Domu Kultury, to wiedziałabym jak zripostować – nie przewodniki, tylko reportaże.

Do tej pory nie sięgałam po reportaż, bo miałam wrażenie, jakże mylne wrażenie, że przedstawia on tak niezwykle okrojony fragment rzeczywistości. Przecież moje życie jest zbyt krótkie, aby poznawać tylko jego skrawki. Najlepiej więc czytać dobre, klasyczne książki o dużych nakładach, bo to co jest w nich zawarte może się nam jeszcze w życiu przydać, możemy jeszcze kiedyś na to natrafić. A czy natrafimy na Pana X, ze wsi Y, którego historię opisał niezbyt znany dziennikarz Pan Z? Podczas wieczoru autorskiego na którym fragmenty „Sześć odcieni bieli i inne historie” brawurowo czytała Maja Ostaszewska, zrozumiałam, że reportaż to nic innego jak przypowieść. Dobry reportaż, a jak na razie tylko z takim się zmierzyłam (mam zamiar zacząć zaglądać również do tego gazetowego) pod warstwą relacji dziennikarskiej, wywiadu, opisu, przekazuje nam niezmienną i uniwersalną prawdę o życiu.

Zrzut ekranu 2015-06-01 o 15.57.40

Zbiór reportaży Krall tematyką przypominał mi nieco twórczość Marka Hłaski, którego opowiadania czerpały całymi garściami z jego biografii i otaczającej go rzeczywistości lat pięćdziesiątych, miały one jednak delikatne rysy stylu socrealistycznego, a niektóre z nich były nieco moralizatorskie, przewidywalne, jak na przykład „Śliczna dziewczyna”, czy „Pętla”. Wybrane reportaże Krall pochodzą z nieco późniejszego okresu – lat siedemdziesiątych. Część z nich ukazała się z legalnie, a część została wydana w wydawnictwach drugiego obiegu. Teoretycznie ich bohaterowie to zwykli, szarzy robotnicy, lub rolnicy mieszkający w małych miasteczkach, lub wsi, często na terenie Śląska.

Kiedy czytałam czarujący reportaż o miłości pt. „Piękna żona sztygara”, miałam momentami skojarzenia z „Germinal” Zoli. Choć u polskiej pisarki nie znajdujemy naturalizmu, determinizmu i techniki milieu, to znajdujemy nobilitację zwykłego, prostego sztygara. I czy ten reportaż nie jest najlepszym dowodem, że proza jest ponad poezją skoro pokazuje romantyczną miłość, i to taką która rzeczywiście miała miejsce?

„Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce”, Zachęta

Czasami można odnieść wrażenie, że kultura to wielki bazar na którym każdy artysta może na swój użytek kupić po niskiej cenie 50 dag dobrej sztuki. A następnie publicznie skonsumować w sposób niekulturalny, lub ugotować na tych 50 dag prawdziwą ucztę, czyli appropration art (szutka zawłaszczenia). Rzeczywistość zawłaszczali już dadaiści tworząc ready-mades, teraz artyści zawłaszczają również prace dadaistów, a łańcuszek szczęścia trwa w najlepsze. Ja mam dość ambiwalentny stosunek do tego typu sztuki. Niektóre obiekty były ciekawe, jednak zdecydowanie preferuję kiedy artyści uwspółcześniają jakieś dawne dzieło, pokazując jego uniwersalność. W przypadku tej wystawy dystans czasowy jest zbyt krótki, lub nie ma go wcale, w przypadku artystów którzy czerpią inspirację ze zdjęć znalezionych w Internecie. Ponieważ dziś Dzień Dziecka, nie będę się nad Wami znęcać i umieszczać długiego tekstu, a przedstawię kilka migawek z wystawy, której finisaż był wczoraj, a ja miałam szczęście przyjść akurat na oprowadzanie.

„Opowieści Biblijne”, Zenon Kosidowski

P1160151

Powszechnie wiadomo, że Biblia jest fundamentem kultury europejskiej. Inna kultura, inna księga, i tak Hindusi mają Wedy, islamiści Koran, żydzi Torę, buddyści Księgę Mahajana. A my chrześcijanie mamy Biblię, ale nie mamy dystansu. Dlaczego? Weźmy na przykład fragment Wedy:

Hymn 63

Na wóz wstępują stróżowie praw wiecznych,

Porządku dawcy na najwyższym niebie,

Komuście chętni, Mitro i Waruno,

Dla tego niebo słodkim deszczem spływa.

Wielcy królowie, władacie tym światem,

Na ludzkie gromady patrząc okiem słońca,

O deszcz błagamy i o nieśmiertelność –

Grzmiący już chodzą po niebie i ziemi!

Mocarze groźni, buhaje, królowie

Nieba i ziemi, o Mitro, Waruno!

Kiedy to czytamy zapewne nie mamy na przykład świadomości, że Mitra to dla hindusów ten:

który zaprowadzał zgodę między ludźmi, czuwa nad przestrzeganiem umów, wiązany ze Słońcem, uosabia łagodny, opiekuńczy aspekt władzy królewskiej.

I nie świadczy to bynajmniej o naszej ignorancji, bo trudno wymagać od nas, abyśmy znali tysiące bożków innych religii. Tak samo wątpię, ażeby spotkany na ulicy Hindus wiedział, kim był starotestamentalny Hiob. Jednak pomimo, że nie rozumiemy wszystkich kontekstów, możemy dokonać analizy i interpretacji tego fragmentu, możemy określić jego gatunek, bohaterów lirycznych, wypisać zastosowane środki stylistyczne. Z tym hymnem nie łączą nas bowiem żadne emocje, może nam się spodobać lub nie, możemy być w stosunku do niego bardzo krytyczni. A czy potrafimy być również krytyczni w stosunku do Biblii, jeśli jesteśmy osobami wierzącymi?

Niestety rzadko, ponieważ dystans wymaga desakralizacji uświęconego tekstu. W Kościele wznosimy się o jeden stopień, nie czytając przypowieści o ziarnach jako powiastki rolniczej, tylko jako przekaz prawd religijnych. Moje ambicje czytelnicze sięgają jednak drugiego stopnia, to jest czytania Biblii jako tekstu uniwersalnego, niezwiązanego z konkretną religią. Zbigniew Herbert nie bez parady określił ją w tytule swojego wiersza po prostu jako „Książkę”, podkreślając tym, że choć Biblia jest Księgą Ksiąg, to jest tak ważna, że powinna być ogólnie dostępna, a na jej lekturę nie powinien być nakładany cenzus religijny.

Dlatego bardzo ucieszyłam się, kiedy znalazłam w swoim domu książkę pt. „Opowieści Biblijne” Zenona Kosidowskiego. Na początku pomyślałam co prawda, że to być może książka dla dzieci, parafrazująca Biblię w przestępny dla nich sposób. Okazało się, że jest to pierwszy tekst krytycznoliteracki z pogłębionymi kontekstami historycznymi dotyczący Biblii, a właściwie, Starego Testamentu. (Kosidowski napisał jeszcze „Opowieści ewangelickie” dotyczące Nowego Testamentu). Autor już we wstępnie stawia śmiałą tezę, że początkowe rozdziały Biblii zaczerpnięte są z pogańskiej kultury Sumerów. Książka zbudowana jest tak, że  autor najpierw przytacza nieco przetworzony fragment Księgi, bez podziału na wersety, dzięki czemu czyta się ją jak zbiór opowiadań. Później zabiera on głos, desakralizując Biblię i pokazując palcem oczywiste oczywistości, których wcześniej przez zaćmę religii nie mogliśmy zobaczyć.

Nie wiem jak Tobie drogi czytelniku, ale mi nigdy by do głowy nie przyszło, że konstrukcja Wieży Babel, to nic innego jak przetworzony Zikkurat, przy którego budowie musieli niewolniczo pracować Izraelici podczas niewoli Babilońskiej. Nie wiedziałam również, że na terenie Bliskiego Wschodu, rzeczywiście występują formacje geologiczne składające się z soli, przypominające ludzką sylwetkę, czyli żonę Lota.

P1160153

Nie przyszło by mi również do głowy, żeby na Abrahama, Izaaka i Jakuba patrzeć jak na symbole procesów demograficznych i przemian obyczajowych. Abraham jest typowym szejkiem beduińskim, prowadzi koczowniczy tryb życia, blisko natury i to za jego czasów zaczyna się rodzić religia monoteistyczna. Nie ma ona jednak dzisiejszej postaci, lecz przypomina henoteizm, czyli wiarę w wiele bóstw, lecz oddawanie czci tylko jednemu, opiekuńczemu bóstwu (stąd lud wybrany). Izaak jest symbolem przejścia od koczowniczego do osiadłego trybu życia, Jakub natomiast symbolizuje nieomalże tryb miejski. Jego brat, energiczny, dziki, nieskrępowany konwenansami, nieomalże enfant terrible, jest symbolem tęsknoty ludu Izraela za dawnym stylem życia.

Tego typu ciekawostki możemy poznać u Kosidowskiego. Wydaje mi się, że lektura tej książki w żadnej sposób nie jest w stanie zachwiać niczyjej wiary, no chyba tylko, jeśli ktoś jest ortodoksem i wierzy, że świat powstał  6000 lat temu. Ja do tej książki będę pewnie jeszcze nie raz zaglądać, ponieważ czytanie oryginalnej wersji Biblii jest dla mnie najzwyczajniej na świecie nudne, a jest ona tak ważnym tekstem kultury, reinterpretowanym tak często („Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa, „Józef i jego bracia” Manna), że warto przypominać sobie Biblijne postacie, jeśli nie chcemy czytać książek tylko na dosłownym poziomie.

„Cokolwiek się zdarzy, kocham cię”, Przemysław Wojcieszek

Cokolwiek się zdarzy, kocham cię

Kiedy powiedziałam mojemu Tacie, że wybieram się do Teatru Rozmaitości na „Cokolwiek się zdarzy, kocham Cię”, powiedział entuzjastycznie, że to pewnie jakaś komedia. Ja kategorycznie zaprzeczyłam. Choć składnia tytułu może przypominać nazwy takich „arcydzieł”,  jak „Tylko mnie kochaj” albo „Nie kłam kochanie”, tym nie mniej przedstawienie w TR komedią romantyczną na pewno nie jest. Jest gorzką oceną współczesnego, nietolerancyjnego społeczeństwa i portretem zagubionego młodego człowieka. Jak to w TR, okazji do śmiechu też nie zabrakło, ale był to raczej śmiech przez łzy. Bo jak inaczej można zareagować na wypowiedź zięcia właściciela smażalni kurczaków, który właśnie dowiedział się, że pracująca na zmywaku dziewczyna jest homoseksualna: „no tak, ja wiem o co chodzi, oglądałem więcej lesbijskich pornosów, niż Krzysztof Zanussi normalnych filmów!”.

Cytat ten zręcznie splata główne wątki sztuki, to jest wątek miłości homoseksualnej i wątek dyskusji o artystę. Zdecydowanie łatwiej ocenić mi ten drugi, ponieważ spotkałam się już z wieloma innymi tekstami na ten temat. Główna bohaterka – Magda – została wyrzucona z domu, po ujawnieniu swojej tożsamości seksualnej. Przeprowadza się do Warszawy, gdzie próbuje swojego szczęścia w gastronomi, cały czas nie porzucając marzenia o byciu aktorką. Wyobraża sobie, że kiedy spełni swoje marzenie, poczuje się szczęśliwa i spełniona.

Jej postawa jest skontrastowana z postawą drugiej bohaterką – Sugar, która swoje imię zawdzięcza bohaterce filmu „Pół żartem, pół serio”. Jednak ten filmowy rodowód nie idzie w parze z fascynacją tą dziedziną. Jest wręcz odwrotnie: aktorów porównuje do nędznych marionetek, kukieł. Oskarża ich o przewidywalność filmów. Gdyby filmy były realizowane według życzeń Sugar, to ich oglądanie przypominało by bardziej przejażdżkę rollercoasterem, niż rejs po Sekwanie. Spełnia się ona jednak w innej dziedzinie sztuki – w poezji. Nie aspiruje jednak do roli wieszcza swojego pokolenia, lecz wygłasza swą lirykę na slamie, płacąc uprzednio 50 zł wkupnego. Na końcu sztuki wypływa gorzka prawda, której mogliśmy się jednak spodziewać, że to nie Sugar pisała te teksty, tylko inny slamowy poeta robił to za nią. W sztuce u zwyczajnych bohaterów, pracowników smażalni, rodzi się potrzeba tworzenia, okazuje się, że choć na zewnątrz wyglądają zwyczajnie, to w środku są wrażliwi, uczuciowi, przeżywają niezwykłe stany.

Ujawnia się tu prawdziwa, choć smutna prawda. Ludzie chcą być niezwykli, chcą, aby ich życie było tematem na książkę, chcą być zaakceptowani. Postać Sugar przypomniała mi nieco postać Racheli z „Wesela”, Józefę Singer. Dziewczyna, obracająca się w kręgach młodopolskiej cyganerii, choć bez talentu, próbowała upodobnić się do artysty, zapisując się w historii kultury jako kiczowaty odpowiednik Safony. Lecz cóż innego mogła zrobić? Chciała za wszelką cenę upodobnić się do wykreowanej postaci Racheli, jej wrażliwość nie pozwalała zapomnieć o pięknie poezji. Próbowała, i to chyba liczy się najbardziej. Próbowała również Magda, wyznając, w wierszu pozbawionym wszelkich wartości artystycznych i zasady decorum, miłość do Sugar.

Ale czy może być w sztuce coś piękniejszego od szczerości? Czy gdyby zadeklamowała z idealnym akcentem, wymową, pauzami w odpowiednich miejscach, najpiękniejszy erotyk świata, napisany przez Horacego, to byłoby to równie kiczowato-poruszające i oczyszczające niczym katharsis? Nie. Dlatego z tej bajki płynie jeszcze jeden morał – mamy prawo tworzyć. Nawet jeśli nie napiszemy w życiu noblowskiego arcydzieła, to mamy prawo się samorealizować.

„Oskarżam Auschwitz”, Mikołaj Grynberg

P1160086Historia to dość osobliwa nauka. Z jednej strony wydaje się być tak odległa, zdehumanizowana. Z drugiej strony historię tworzy życie poszczególnych osób. Jak więc jej uczyć, aby nie przerabiać raz jeszcze jej czarnych kart, przez pryzmat społeczeństwa, czy jednostek? Jak uwrażliwiać najmłodsze pokolenie, dla których II wojna światowa jest równie odległa jak bitwa pod Cedynią?

Ciekawy sposób opowiadania o historii znalazł Mikołaj Grynberg w swojej książce pt. „Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne”. Głos oddał, nie jak byliśmy do tej pory przyzwyczajeni, uczestnikom Holokaustu, lecz ich dzieciom. Lektury szkolne  („Inny Świat”, „Opowiadania” Borowskiego, „Medaliony”) sugerują, że najlepszy jest bezpośredni przekaz.  . Grynberg,  sam należący do drugiego pokolenia, rozmawia ze swoimi „braćmi” i „siostrami”. Podczas czytania zapisu tych rozmów można odnieść wrażenie, że oni wszyscy, choć niespokrewnieni,  wychowywani byli przez tych samych rodziców – rodziców ocalałych z Zagłady. Jak wygląda życie dziecka, które powinno przecież nigdy się nie narodzić?

Niestety w ich biografiach nie widać radości ze zwycięstwa nad Tanatosem. Z całej książki wyłania się niezwykle smutny, nieomalże trumienny portret. Dzieci ocalonych są skazane na cierpienie. Ich historie toczą się różnie. Niektóry wcześnie dowiadują się, że są Żydami, inni dopiero w życiu dorosłym. Ci pierwsi musieli od najmłodszych lat wysłuchiwać przerażających historii z obozów i nie wolno im było choćby się przeziębić. Jakakolwiek choroba, lenistwo, niedojedzenie zupy, może przecież spowodować nieprzejście selekcji. I do komory gazowej lub kulka w łeb. Wyrośli z nich ludzie pozornie silni, niezwykle ambitni, nigdy nie odpuszczający. Ci drudzy moim zdaniem mieli gorzej. Jako dzieci, byli izolowani, nie należeli do kościoła katolickiego, nie należeli do żadnej wspólnoty. Czuli, że rodzice coś przed nimi ukrywają, ale bali się zapytać. I pewnego razu, bach! Cała prawda wychodzi na jaw. W wieku 30 lat dowiadujesz się, że jesteś Żydem. A co z ich tożsamością? Jak zbudować siebie, skoro nie wie się, kim właściwie się jest? Żydem? Polakiem? Kosmopolitą?

Ktoś mógłby powiedzieć, ze opisana sytuacji pokazuje triumf  Hitlera, skoro wojna twa w mentalności drugiego pokolenia cały czas, skoro dzieci ocalałych były wychowywane tak, że od 3 roku życia są w pełni samodzielne i umieją zbierać wodę z drzewa. Moim zdaniem, ta książka pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie. Czytelnik, po przeczytaniu tej książki zostaje uwrażliwiony. Nawet jeśli nie interesował się tematyką i przespał lekcje historii i literaturę łagrową i lagrową w liceum, to teraz ma szansę zrozumieć jak ważny jest to temat i dlaczego powinno się o nim mówić. Zwłaszcza teraz w dobie rodzących się radykalizmów. Mam nadzieję, że ta książka u innych wywołuje podobne co u mnie uczucie – empatii. Wydaje mi się, że powinna być dla nas nobilitacją pacyfizmu, który nie zatruje następnych pokoleń. Teraz pozostaje nam cierpliwie czekać, aż resztki toksycznej trucizny, jaką jest trauma powojenna, będą się powoli rozkładać, a ich stężenie, z pokolenia na pokolenie będzie maleć. W tym samym czasie powinna wzrosnąć w nas asertywność na wszelkie zwodnicze doktryny polityczne, aby historia nie mogła już się powtórzyć.

„Giulietta od duchów”, Federico Fellini

Zrzut ekranu 2015-05-15 o 21.29.20

No. 14, 1951 (c. 1949-1951). oil on canvas, 56-1/2 x 65″ (143.5 x 165.1 cm)

Włączając kanał TVP Kultura, i oglądając wyświetlany na nim właśnie film, staram się zawsze odgadnąć reżysera. Jeśli chodzi o Felliniego, trudno o pomyłkę. Choć przed „Giuliettą” oglądałam jedynie „Miasto kobiet”, to mam wrażenie, że w swojej stylistyce był równie konsekwentny jak Rothko w swoim malarstwie „color fild paiting”.

Ktoś mógłby pomyśleć, że nie lubię nowości, innowacji, że przecież każdy film Felliniego jest „odbity na powielaczu”, że jest monotematyczny jak kolejny, różniący się jedynie subtelnie kolorem, obraz Rothki. Moim zdaniem to, że mogę w ciągu kilkunastu sekund rozpoznać po stylu twórcę, świadczy na jego korzyść. Oczywiście zawsze musi być gdzieś jakiś „ale”. Gdyby go nie było, za największego artystę musiałabym uznać… inżyniera projektującego jednakowe lalki Barbie. Moim „ale” są więc subtelne różnice. Każdy człowiek nie może zajmować się wszystkim. Ja np. nie mogę równocześnie kolorować płócien i kręcić filmów. Ale mogę liczyć na artystów. Im pozostawiam zadanie wyboru tematu, jakim chcą się zająć i podejścia do niego pod każdym kątem możliwym z 360 stopni. Co jako odbiorca mogę zaoferować w zamian za tak wygórowane wymagania?

Cierpliwość. Przyjmując takie założenia uważam, że nie mam prawa mówić, że dany artysta popadł w „schemat”. Ja od niego tego schematu nawet w pewnym sensie wymagam. Dzięki schematowi będzie mógł on badać obszar swoich zainteresowań w sposób uporządkowany, a ja jako odbiorca będę miała pewność, że niczego nie pominął. W mojej prywatnej interpretacji Rothko malował emocje. Niech ktoś mi poda jakąkolwiek werbalnie wyrażalną emocję. Jestem pewna, że ta osoba obejrzawszy wszystkie jego obrazy, znalazłaby takie zestawienie kolorystyczne, które wyrażałoby podobną ekspresję jak jej stan duszy.

I teraz właśnie mogę przejść właściwie do Giulietty. Wydaje mi się, że nie ma takiej Włoszki, która nie odnalazłaby u Felliniego swojego portretu. Wydaje mi się, że nie muszę przytaczać fabuły filmu. Starszy czytelnik na pewno ją zna, młodszy, jeśli dalsza część recenzji go zainteresuje, sam ją pozna. Mnie podobało się w tym filmie wszystko, oprócz tego co pozornie najważniejsze – oprócz głównej bohaterki. Ponieważ jestem kobietą, często dążę do próby identyfikacji swojej osobowości z postacią. W przypadku Giulietty nie znalazłam niczego, co by nas łączyło. Gdzie mi tam do zamężnej, bezdzietnej czterdziestolatki! No może oprócz tego, że obie chodziłyśmy do katolickiego przedszkola prowadzonego przez zakonnice.

Moja bohaterka została przedstawiona zupełnie nieatrakcyjnie. Niska, nie najszczuplejsza, w zwyczajnym (w porównaniu do innych) stroju, wydaje się być idealną reprezentantką piękniejszej części włoskiego społeczeństwa. Biedna kura domowa, przypomina mi niekiedy w swoim egzaltowaniu problemów Emmę Bovary. Wydaje mi się, że w tym momencie, mogę z tego filmu powziąć bardzo krótką lekcję: podstawą zachowania zdrowia psychicznego jest dystans do własnych problemów. Duchy, które objawiały się Giulietcie, symbolizowały wszystkie jej prawdziwe i wyimaginowane problemy, co objaśnia nam, będąca jakby głosem z zewnątrz, Psychoterapeutka. Fellini nie pozostawił jednak na nas, kobietach, suchej nitki, kiedy skończyły się omamy wzrokowe i już pełni optymizmu, wierzymy, że sfrustrowana życiem kobieta wygrała sama ze sobą, dostaje… omamów słuchu.  Jedyne co nas kobiety może pocieszyć to następujący cytat Felliniego:

 Siła kobiet leży w tym, że są w stanie uznać złudzenia za rzeczywistość.